NAJPIERW BYŁ PEWIEN POLSKI WYNALAZEK…


Kolagen, jako podstawa tkanki łącznej, czyli najważniejsze ludzkie białko, był od zawsze w centrum uwagi medycyny, a z racji faktu głównej odpowiedzialności kolagenu ustrojowego typu I i III
– za wygląd i kondycję skóry – także kosmetologii. Kolagen pozyskiwano z włókien karków cieląt, rzadziej ze świń lub ryb. W postaci włóknistej służył od lat 60 -tych XX w. do inwazyjnego ostrzykiwania zmarszczek w chirurgii plastycznej. Mimo, iż zabiegi te są  nietrwałe i drogie, mimo istotnego odsetka odrzutów i powikłań – implanty kolagenowe są po dziś dzień najpewniejszym ze sposobów na realne, okresowe wyeliminowanie tzw. zmarszczki starczej - ubytku w tkance skóry właściwej. Włókniny kolagenowe poddawano także hydrolizie i dodawano do kremów, masek, maści.  W tej funkcji  hydrolizaty kolagenowe sprawdzały się nieźle przez lata jako nawilżacze, ale oczywiście jako białka wielkocząsteczkowe, nie pokonywały bariery naskórka, nie były nigdy w kosmetologii substancją czynną, ani biologicznie aktywną.


Włókna kolagenu poddane rozdrobnieniu i hydrolizie, to „padlina peptydowa”, jak mówią kosmetolodzy. Jakby ich nie rozrzedzać i mielić – najdrobniejsze cząstki będą i tak 1000 x większe od największych szczelin epidermy. Ukształtowało to  w kosmetologii silny i zasadny pogląd, że kolagen nigdy nie będzie transdermalny.  Nie wyobrażano sobie zresztą  przez cały wiek XX kolagenu wyizolowanego z żywego organizmu w postaci trwałej poza ustrojem dawcy, innego niż „ogromny” masą cząsteczkową fibryl, bądź włóknina. I taki też „kolagen” funkcjonuje nadal w umysłach lekarzy, biologów, kosmetyczek.

W Polsce lat 70 – tych XX w. wykształciła się szkoła biochemii białek organizmów wodnych na wysokim, światowym poziomie. Grupa naukowców dysponowała nawet pełnomorską jednostką badawczą: „Profesor Siedlecki”.  Do ich odkryć należy m.in. ekstrakcja protein spożywczych z planktonu (kryla antarktycznego). W 1985 r. Mieczysław Skrodzki, Antoni Michniewicz i Henryk Kujawa
– chemicy Ośrodka Rozwoju Spółdzielni Rybackich w Gdyni,  odkryli w sposób praktyczny (patent nr 144584) rzecz naukowo niewiarygodną i przez wiele późniejszych lat niedocenianą - metodę izolowania poprzez hydratację (nie hydrolizę!)  bezpośrednio ze skór rybich kolagenu na poziomie molekularnym. Sensacyjność polskiego wynalazku polegała na tym, że prosty jeszcze, bo dopiero trzeciorzędowy kolagen „przeskakiwał” pod wpływem reakcji z kwasem organicznym do roztworu wodnego, gdzie przez wiele nawet miesięcy, poza organizmem ryby - dawcy zachowywał konformację potrójnej helisy, właściwą jedynie kolagenowi w organizmach żywych. Chociaż rybę dawno zjedzono, to kolagen pozyskany z jej skóry tą technologią, zamknięty, niczym dżin w butelce – pozostaje „żywy” i biologicznie aktywny, tak samo, jak w dniu kiedy rybacy wypływali na połów… M. Skrodzki i A. Michniewicz nie dożyli tego, by zarobić na swoim wynalazku choćby złotówki. Ich patent wygasł w 2002 roku.


Niebawem później temat ten podjęło środowisko chemików i lekarzy związanych z gdańskim ośrodkiem uniwersyteckim.  Najpierw zawłaszczający sobie przez pewien czas medialnie „ojcostwo” samej metody ekstrakcji,  niejaki Józef Przybylski, a później naukowiec, który wreszcie zamknął formułę polskiego, rybiego kolagenu w postać użytkową – autor licznych wynalazków z dziedzin chemii, diagnostyki i technik medycznych – profesor  dr hab. Andrzej Frydrychowski. To on odkrył, iż modyfikując metodę Skrodzkiego można  sprawiać, że molekuły kolagenu przyłączają  cząsteczki wody,
a uzyskany tak hydrat kolagenu wystarczy, odpowiednio filtrując, oddzielić od podjednostek proteinowych o dużej masie i od reszt białkowych, by posiąść gotowy żel, którego produkty rozpadu
na skórze okazują  się być… transdermalne.  Przenikające do skóry właściwej tak samo jak peptydy tworzone w bioinżynierii, lecz w odróżnieniu od tamtych -  „nasze” pozyskiwane są bezpośrednio
z natury!  Był to pierwszy w dziejach preparat kolagenowy, którego produkty dysymilacji – naturalne peptydy penetrują naskórek, docierając aż do fibroblastów – stoczni wytwórczych kolagenu
i elastyny w ludzkiej skórze.


Profesor Frydrychowski jest posiadaczem jedynego prawa ochronnego, jaki UPRP udzielił na „sposób pozyskiwania kolagenu ze skór rybich”.  To patent nr 206813 z 2003 roku.  Zanim orzeczono prawomocnie i ostatecznie do kogo należy ten wynalazek, wytwórstwa żeli kolagenowych imały się różne pomorskie manufaktury laboratoryjne.  Produkowały one ten okrzyknięty rychło „polskim eliksirem młodości”, najbardziej naturalny jak można sobie wyobrazić kosmetyk anti-age,  w jakości gorszej lub lepszej, a zawsze tą samą metodą – oczyszczania skór rybich (najczęściej z tołpygi - Hypophthalmichthys molitrix), rozpuszczania ich w kwasie organicznym (zazwyczaj mlekowym) i filtrowania, początkowo poprzez jedwab, później przez coraz bardziej doskonalone włókna wielowarstwowe.  


Przepychanka konkurencyjna samozwańczych już obecnie (gdyż metoda jest w istocie tylko jedna – i patent też tylko jeden) producentów hydratu (tropokolagenu) trwa zresztą do dzisiaj. Zainteresowanych szczegółami  walki konkurencyjnej o aktywny biologicznie rybi kolagen odsyłamy do emitowanego w Colway Zeszytu nr 2.  Ostatni rozdział tego materiału zawiera zawsze uzupełnianą o kolejne odcinki tę bardzo polską historię.
Polscy chemicy, w warunkach bardziej niż prymitywnych, pozyskali agregaty białek kolagenowych tak mikroskopijne, że pokonują one barierę naskórkową.  Podkreślenia wymaga fakt, iż dokonali tego co najmniej 15 lat wcześniej, zanim w laboratoriach wielkich koncernów powstały pierwsze peptydy  biomimetyczne, matrykiny i inne proteiny, których transdermalności o dziwo nikt obecnie nie kwestionuje tak, jak przez lata całe zapóźnieni lekarze i kosmetolodzy wyśmiewali w Polsce Kolagen Naturalny („bo kolagen jest za duży, by przenikać”) …


Peptydy polskiego tropokolagenu nie powstają w pipecie inżyniera biochemika, lecz rodzi je natura. Potrójne helisy kolagenowe  rozpadały się na łańcuchy tych peptydów, niestety zawsze w sposób niekontrolowany i nigdy tak samo.  Uniemożliwiało to jakąkolwiek powtarzalność eksperymentów mogących udokumentować co właściwie na Pomorzu Gdańskim odkryto.  
Mimo niemożności wykazania badaniami mechanizmu dysymilacji molekuł i  transdermalności peptydów tropokolagenu,  ta niewątpliwa sensacja biochemiczna, prawdziwy przełom w światowej kosmetologii  substancyjnej zrobiłaby oszołamiającą karierę i zapewne nigdy by nie wpadła w nasze ręce, gdyby nie „grzech pierworodny” hydratu kolagenowego, gdyby nie wada, która zdyskwalifikowała go jako kandydata do miana światowego hitu i nowego eliksiru młodości.


Pierwsze kolageny denaturowały już w temperaturze 20°C, późniejsze w 23°C, lecz to nadal był dla koncernów produkt zbyt wysokiego ryzyka handlowego.  Łatwy do stracenia go już w transporcie, nie spełniający ani amerykańskich, ani europejskich wymogów przepisów o gwarancji i rękojmi - nie utrafiał w komercyjne realia, gdyż niezbyt nadawał się do sprzedaży tradycyjną metodą: wytwórnia –hurtownia – podhurtownia – sklep - klient. Tak zresztą pozostało po dzień dzisiejszy.


Naturalny żel, który tworzy kolagen trójspiralny nie zawiera ani jednego atomu substancji, jakich nie znaleźlibyśmy w organizmie człowieka, podczas gdy najdroższe nawet  i  reklamowane jako najlepsze kosmetyki świata mają w swoich składach nierzadko ćwierć tablicy Mendelejewa. Nasz hydrat składa się raptem z czterech elementów: wody, białka, kwasu mlekowego i krótkołańcuchowego kwasu tłuszczowego wiązanego prostym alkoholem,  a nie z 15-40 nazw w składzie INCI. Idealnie więc wpisuje się w trendy i potrzeby współczesnego konsumenta.  Nie chce wprawdzie usuwać głębokich bruzd czołowych, ale aplikowany konsekwentnie i systematycznie, na nawilżoną przedtem skórę, potrafi przez całe lata powstrzymywać procesy  powstawania nowych zmarszczek!


Jego potencjał marketingowy, nawet mimo formuły temperaturowej tak niedoskonałej – był ogromny!  Polski kolagen długo jednak nie miał szczęścia ani do inwestorów, ani do kreatorów popytu.  Zarówno profesor Andrzej Frydrychowski, jak i ci, którzy jego sposób ekstrakcji podrabiali gorzej, lepiej, a niektórzy nawet znakomicie – nie potrafili wypracować koncepcji sprzedania z sukcesem rynkowym  tego fenomenalnego panaceum na przyczyny starzenia się skóry, na oparzenia, choroby i defekty skórne, rozstępy, blizny, trądziki i wiele znacznie poważniejszych problemów zdrowotnych.
W końcu 2003 roku w jednej z takich manufaktur wytwórczych żeli kolagenowych pojawił się człowiek, który miał wizję. Nazywał się Maurycy Turek. Ale to już następna historia...

 

Produkty

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Strona colway.pl używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem