Niezwykła historia polskiej lunazyny – część 1

 

Słyszeliście już może o epigenetyce? Nieco trudne słowo, ale w istocie to rzecz prosta jak wszystko, co pochodzi od natury. Epigenetyki nie wymyślili ludzie. Jest częścią biologii i ewolucji, prawdopodobnie niewiele młodszą od dziedziczności, a może nawet jej rówieśniczką.
Jak myślicie? Czy to, która pszczoła w ulu wyrośnie na królową – będzie większa, płodna i przeżyje trzy lata, podczas, gdy robotnice żyją zaledwie kilkanaście tygodni – jest zdeterminowane genetycznie?
W minimalnym tylko stopniu. Owady społeczne ponad dziedziczenie wybrały sobie w procesie ewolucji zależność od tego, czym będą się odżywiały. To pozwala im przetrwać nawet wówczas, gdy królowa-matka przedwcześnie zginie lub rój ulegnie rozproszeniu. Wystarczy wówczas, że jednej, wybranej do tego larwie, której przeznaczony był, jak niemal wszystkim larwom, los robotnicy - od samych jej narodzin zmienią dietę i … stanie się cud biologiczny. Wyhodują nową królową… , a sprawi to pokarm epigenetyczny - mleczko pszczele.



Całkiem niedawno, bo u schyłku XX wieku opisano naukowo pierwszy, ludzki pokarm epigenetyczny.
Jest to maleńkie i rzadkie białko, izolowane z ziaren soi. Substancja okrzyknięta przez świat nauki jako cudowna, bo m.in. skutecznie broniąca organizm ludzki przed nowotworami, która długo pozostawała poza zasięgiem 99.99 % ludzi na świecie. Wreszcie lunazyna, bo tak ją od filipińskiego słowa „leczyć” nazwali jej odkrywcy – pojawiła się w preparatach dostępnych bez recepty w USA.



W 2018 roku w Poznaniu, po kilku latach eksperymentów, wychowany przez dziadka, wynalazcę polskich leków grasiczych - dr Jana Czarneckiego, młody, ale mający już też inne sukcesy naukowe, biotechnolog Filip Porzucek zamknął drugi dopiero znany światu sposób izolowania lunazyny…


Czy ta historia Cię zainteresowała? Jeśli tak, to zapytaj mnie, co może z niej wyniknąć dla nas… zapytaj mnie o COLWAY.

 

Niezwykłej i jakże polskiej historii - część pierwsza.
Było to tak…
Po latach pracy naukowej zagranicą, powrócił do Polski człowiek niezwykły, autor wielu wynalazków, który m.in. wprowadził nasz kraj do elitarnego klubu producentów preparatów hormonów grasiczych - Jan Czarnecki. W laboratorium stworzonym na terenie wyodrębnionym z jeleniogórskiej „Jelfy” …

… doktor Jan opowiadał wieczorami swojemu wnukowi, Filipowi, o cudownym mikrokosmosie białek, czyli o początku i treści jedynej dotąd poznanej w Wszechświecie formy życia.

Filip Porzucek cały przesiąkł pasją dziadka. Wkrótce podjął studia biotechnologiczne na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, gdzie, już w trakcie nauki, objawiły się pierwsze sygnały o jego zdolnościach naukowych, szybko zresztą dostrzeżone i nagradzane wielokrotnymi stypendiami m.in. Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Był to również czas, kiedy dr Jan i młody jeszcze Filip przesiadywali noce całe na przepełnionych wizjami dysputach z nieustępującym im w pasjach biochemicznych Piotrem Pakułą, z wykształcenia … muzykiem, zaś ex professo biznesmenem, kierującym wówczas trzema przedsiębiorstwami, z których jednak żadne nie miało związku ze światem protein i peptydów. Piotr stał się mecenasem badań dr Jana nad swoim idée fixe – kolagenem, izolowanym ze skór rybich, który miał zachowywać aktywność biologiczną jeszcze lata całe po wyizolowaniu go z organizmu dawcy – kręgowca. Nad Kolagenem łamiącym powszechny np. w kosmetologii stereotyp, że to, najważniejsze dla ludzkiego organizmu białko budulcowe, nie może przenikać skóry, aby spowalniać procesy jej starzenia.



Jest to oczywiście możliwe, lecz tylko wówczas, gdy posiądziemy kolagen jednocześnie jeszcze „żywy”, czyli zachowujący swoją strukturę przestrzenną i aplikowany na skórę w postaci peptydów – produktów rozpadu tzw. potrójnej helisy, niezwykłej formy, jaką przyjmuje molekuła rodzącego się kolagenu.

Były to lata 2010 – 2013. Dziesiątki, a potem setki eksperymentów, których celem miał być pierwszy w dziejach kontrolowany rozpad 3-helisy kolagenowej, przeprowadzał praktycznie, niedosypiający nocami prymus – pasjonujący się już wtedy światem białek.
Ale zupełnie jak Mały Książę, który całe serce oddał tylko jednej spośród tysięcy róż – Filip Porzucek kochał wówczas już tylko jedną proteinę – i … nie był nią, budzący powszechne poruszenie wszystkich dookoła, kolagen.

Był to również czas, kiedy taki kolagen – poza polskim kręgiem jego twórców, dystrybutorów i użytkowników - prawie nieznany światu, już istniał. W latach 2003 – 2014 toczyły się zażarte spory, kto pierwszy, kto najbardziej i najlepszy go opracował… Temat był żywy medialnie, a jeszcze bardziej w ludzkich rozmowach, w wielu środowiskach. Ostatecznie patentowe prawo ochronne nr 206813 na rdzennie polski i rzeczywiście genialny: „Sposób pozyskiwania kolagenu aktywnego biologicznie ze skór rybich” przypadło profesorowi Andrzejowi Frydrychowskiemu, a walkę konkurencyjną o rynek, rozpoznawalność jako Marka kolagenowa i serca zdecydowanej większości użytkowniczek - wygrała umocowana przez Profesora w jego patencie, organizacja dystrybucyjno-konsumencka COLWAY.

Kierował nią serdecznie zaprzyjaźniony z Piotrem Pakułą - mecenasem eksperymentów dr Czarneckiego i jego wnuka – Jarosław Zych. Kolagen Naturalny COLWAY wygrał tę batalię stawiając na sprzedaż poza sklepową, opartą o, bardzo skuteczne w przypadku polskiego, rybiego kolagenu, orędownictwo konsumenckie, czyli żywe świadectwa efektywnego działania dawane produktowi kosmetycznemu przez tysiące użytkowników. Był jednak też drugi powód wyboru takiej strategii. Żywy biologicznie kolagen prof. Frydrychowskiego, (podobnie jak liczne na rynku jego podróbki), jest do tego stopnia wrażliwy na temperaturę, że zawsze silnie dyskusyjne było, w rozumieniu europejskich przepisów o rękojmi i gwarancji, handlowanie nim w placówkach sklepowych.

Dr Jan Czarnecki, Filip Porzucek i Piotr Pakuła dążyli do formuły peptydowego żelu kolagenowego ze skór rybich, który nie boi się denaturacji termicznej. Na początku 2014 roku mogli już zaprosić do Jeleniej Góry Jarosława Zycha. Ich formuła została domknięta, a dzieło skończone.



Tego pamiętnego dnia popłynęła też opowieść, która otwierała nowy rozdział w pięknej historii męskiej przyjaźni, pasji i żelaznej konsekwencji w dążeniu do realizacji, najbardziej nawet, zuchwałych marzeń. Była to opowieść o lunazynie, którą Filip uczynił już wcześniej tematem swojej pracy magisterskiej, a potem również przewodu doktorskiego.

Teraz, kiedy rozchodzą się już sensacyjne wieści o polskiej lunazynie, o preparacie LunaCol zainaugurowanym na rynku pod marką COLWAY – ludzie reagują często niedowierzaniem. Nie jest im łatwo przyjąć za oczywisty fakt, że to akurat młody doktorant biochemii z Poznania odkrył znakomicie efektowniejszą od naukowców amerykańskich metodę pozyskiwania tak pożądanej substancji terapeutycznej i epigenetycznej. Wiele osób ma problem z percepcją takiego komunikatu, szczególnie jeśli zestawią go z informacją drugą: Filip Porzucek nie zrobił „przetargu” na swoją sensację wśród firm farmaceutycznych, lecz oddał go na wyłączność firmie dystrybuującej swoje produkty w znacznej części metodą „z ręki do ręki”. Ta zaś firma - COLWAY - użyła jego lunazyny jako składnika preparatu, który zarejestrowała jako suplement diety.



Tzw. opinia publiczna ma już teraz spory problem z takimi dylematami:

„Jeżeli lunazyna jest rzeczywiście tym, co można o niej przeczytać w internecie, to po pierwsze: czy ta 'nasza, polska' jest aby na pewno taka sama, jak 'tamta', amerykańska? Po drugie: jeżeli zaiste taka jest, a twierdzi się nawet, że jest znacznie lepsza, bo w kilkuset krotnie większych dawkach - to dlaczego dostała się firmie, która raczej nigdy nie wejdzie z nią do aptek, a nawet nie będzie mogła na jej opakowaniu napisać ani słowa o niesamowitych właściwościach leczących lunazyny?”

Wyjaśnienia wszystkich tych wątpliwości są łatwe i na wprost wynikają z historii, której część drugą opowiem Wam później. Historia ta jest bardzo łatwa do sprawdzenia, ale prawie nikt jej nie weryfikuje, gdy już ją pozna, a zwłaszcza kiedy pozna jej bohaterów…

Zaczynając od jej głównego bohatera, Filipa Porzucka.

Historii tej ciąg dalszy oczywiście – nastąpi.

 

 

Jarosław Zych

Newsletter

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Strona colway.pl używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem